Piękne 106 cm!

Łosoś wymarzony, wielki i w świetnej kondycji, czyli jeden z tych grubych i wściekłych.

Kolejny nie najłatwiejszy dzień na wodzie za nami. Po silnych, północnych wiatrach dzisiejsze fale przypominały raczej wędrujące wydmy, niż te, jakie znamy z nadmorskich spacerów. Trudno jest znaleźć też zlokalizować ryby, gdy ma się do dyspozycji jeden dzień. Dlatego wcześniej umówiliśmy się w kilka załóg, gdzie kto popłynie, by możliwe jak najszybciej odnaleźć „skoncentrowane” ryby. Nazajutrz dwanaście łodzi stawiło się na wschód od Helu. Pierwsze godziny obnażyły jednak słabość naszego planu – łososie po prostu były mocno rozproszone, za to „padło” kilka pięknych ryb.

Nam przyszło mierzyć się z 14-sto kilową 106-óstką, która zaraz po braniu odjechała kilkadziesiąt metrów na pełny gazie prosto w stronę dna, tym samym informując nas, że lekko nie będzie. Parę minut później nasz mały okręt podwodny zmienił kurs, kierując się na powierzchnię. Kilka sekund zajęło jej dotarcie do dna i kilka kolejnych trwała podróż z powrotem. W oddali podziwiliśmy potrójny skok ponad metrowej ryby. Był tez jęk zawodu – luźna żyłka – zazwyczaj oznacza jedno – poszła! Przejmuję wędkę – raczej nie – płynie na nas i to z taką prędkością, że nie nadążam zwijać żyłki. To ją zmęczyło – pierwsza szansa na lądowanie w podbieraku zakończyła sięsukcesem. To największy łosoś Tomka.

Stopiętnastką pochwalili się koledzy ze STAN’a. Do późnego popołudnia nikt nic nie łowił. O 14:00 mamy dublet w holu – 90-tkę ląduje w podbieraku tata Tomka – Ryszard. Druga około metrowa ryba odpływa wolno. Na samiutki koniec WIR i GRYNIO meldują odpowiednio 112 i 113 cm.

Tuż przed zachodem wyglądające spomiędzy chmur słońce robi nam iście malarski pejzaż. Chwytam szybko rybę do zdjęcia, efekt poniżej – tylko nieco podrasowany. Widoki, a raczej sceny z udziałem chmur, słońca i fal, to druga po rybach rzecz dla jakiej warto „wychylić nosa” z portu, pomimo trudnych warunków.

dsc_2348